Przez chwilę wydaje mi się, że myśli o czymś innym i nie chce, bym jej w tym przeszka­dzał. Jestem załamany. Tak bardzo chcę z nią porozmawiać, ale nie mam odwagi przerywać jej zamyślenia. Łapię się na tym, że /acząłem pogwizdywać jakąś melodyjkę, tę samą, co zawsze, a to /ły znak. Caroline zauważyła to i spogląda w moją stronę. Prze­staję gwizdać. Muszę z nią porozmawiać. W porządku. Przepraszam. Nie powinienem był tego opo­ wiadać. Postąpiłem okrutnie. Nie mylisz si ę. Billy jest już zbyt duży na to, abyś wymagał od niego, by wierzył w takie rzeczy. Zaczyna przecież dorastać. Myślę, że w tym roku zgo­ dzi się jeszcze na odwiedziny świętego Mikołaja, bo wie, jaką przyjemność ci to sprawia, ale to już będzie ostatni raz. Billy jest bardzo grzeczny. Wiem, że powinienem się wstydzić za to, co zrobiłem, i na­prawdę jest mi wstyd, ale odczuwam go jedynie pewną częścią swojej jaźni. — Caroline, wiem, nie powinienem był wymyślać nowego zakończenia i opowiadać o śmierci Franky'ego, ale Billy napra­ wdę mnie zranił. Powiedział, że nie wierzy już we Franky'ego Furbo. Chyba była to zemsta.